8.30.2015

Będę Cię kochał wiertarką, czyli sezon trzeci "Hannibala"

No i nastała ta chwila.

Jak zapewne pamiętacie, Hannibal NBC to ostatnio moje ulubione guilty pleasure. Przy czym słowo pleasure należałoby brać w jak najszerszym tego znaczenia. Posunęłabym się do stwierdzenia, że moje podejście do tego serialu jest trochę podobne jak relacje jego głównych bohaterów - jeden próbuje się zaprzyjaźnić, drugi go patroszy, ale nikogo to nie zniechęca i mamy powtórkę sytuacji. Przez jakieś trzynaście odcinków.

(Spoilery niewielkie, jeśli nie oglądaliście, możecie czytać dalej.)


Jak również zapewne pamiętacie, próbowałam recenzować Hannibala odcinek po odcinku, ale w pewnym momencie zakazali Mocarza skończyła mi się wena i wymiękłam. Byłam jednak dzielna, bardzo dzielna i dooglądałam do końca.

Znacie to uczucie, gdy, powiedzmy, czytacie Internety i nagle zjeżdżacie na komentarze, gdzie pan Bogdan z Kątów Małych tłumaczy, iż najlepszym lekarstwem na raka jest picie przemysłowego wybielacza? Weźcie to wrażenie, rozprasujcie na bite dwanaście godzin i oto macie mniej więcej pojęcie, co czułam w czasie oglądania radosnych przygód naszego Haniutka.

(oto scena seksów z wielkim pająkiem. nie ma nic wspólnego z serialem, ale ma Was przygotować na to, co nastąpi)

Zacznijmy jednak od pozytywów. Po pierwsze - Hannibal jest autentycznie piękny wizualnie. Nie wiem, na ile to zasługa showrunnera, na ile jego ludzi, ale większość kadrów z tego serialu mogłabym oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Bardzo dawno nie miałam takiego wrażenia, chyba ostatnio przy komiksie Romantically Apocalyptic - że można by wyciąć wszystkie dialogi i wtedy to byłaby sztuka. Przez wielkie eSZ. Również ścieżka dźwiękowa jest niesamowita, mocna i niepokojąca. Piosenka z ostatnich scen serialu wżyna się z mózg lepiej niż opening Kaczych Opowieści i jeśli chodzi o współgranie utworu z tym, co się dzieje na ekranie, to IMO pobija ją tylko czołówka Watchmen.

Niestety, nadchodzi potem ten moment, w którym bohaterowie się odzywają i mamy...


...ochotę wyłyżeczkować sobie mózg. Przez oczodół. Dwukrotnie.

Przede wszystkim - nic w tym serialu nie trzyma się kupy. Chyba pod poprzednią notką zarzucano mi, że hej, to nie policyjny procedural, ale serio, jest różnica pomiędzy luźnym trzymaniem się realizmu, konwencją, a zwykłymi głupotami wynikłymi z tego, że reżyser stara się, no bardzo stara się stworzyć jakąś intrygę, ale można to o kant stołu potłuc. Prawda jest taka, że Hannibal Lecter jest typowym przykładem bohatera, który wydaje się specjalny i inteligentny nie dlatego, że taki jest, ale ponieważ większość innych postaci to totalni kretyni. Bardzo dawno nie widziałam tak skretyniałego FBI, tak karykaturalnie zaślepionych bohaterów, wszystko po to, aby Hannibal był ciągle górą, przez cały serial. Jakkolwiek gra aktorska Madsa Mikkelsena jest fenomenalna, przez cały czas miałam wrażenie, że gdyby wpuszczono tam chociaż jedną osobę, której zawczasu nie wyżarto połowy mózgu, która byłaby ślepa na (niezbyt urzekający) czar doktorka, serial skończyłby się w dziesięć minut.

Trudno w tym serialu mówić cokolwiek o bohaterach drugoplanowych, ponieważ ci głównie narzędziami do robienia scenariusza. Nie postaciami, narzędziami, których celem jest, powiedzmy, ginąć w brutalny sposób. Albo urodzić dziecko, albo być tym gościem, który jest ciągle chamski dla Haniusia, bo Haniuś nie lubi chamskich ludzi... Po trzech sezonach zorientowałam się, że część bohaterów drugoplanowych równie dobrze mogłaby być zamrażana po wyjściu z kadru i odstawiana w kąt na potem, ponieważ najwyraźniej albo wcale nie posiadają życia prywatnego, albo jest ono tak mętne i nieznaczące, że trudno czuć do nich cokolwiek. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem jest tu Alana Bloom, której wątek związku (a w zasadzie dwóch związków) powinien być mocny i dramatyczny... gdyby nie fakt, że w zasadzie opiera się na dwóch scenach seksu i jednym zdaniu wymienionym z kolejną bezwolną marionetką, doktorem Chiltonem.

Och, Chilton. Za to co zrobili z tym bohaterem serial powinien dostać karnego homara, ponieważ ten facet stał się karykaturą samego siebie z poprzednich sezonów, trochę w typie głupkowatego przydupasa łotra Disneya. Jeśli by tego mało, poza bycie zaślepionym sławą debilem ma w tym sezonie jedynie jedną rolę i... powiem wam tylko: to bolesne. 

(karny homar - gdy rak to za mało)

To z kolei prowadzi nas do kolejnego problemu, a mianowicie - serial jest niewiarygodnie bezduszny. Tutaj sprawa jest jasna, według twórców jedyni bohaterowie, którzy zasługują na jakiekolwiek uczucia, współczucie czy ukazanie traumy to wielokrotny seryjny morderca-kanibal i psychopatyczny profiler. To są ludzie przeżywający rozterki (na miarę własnych możliwości) przy akompaniamencie dramatycznej muzyki. Cała reszta może być tłuczona młotkiem, gwałcona i podpalana, i nie zasługuje nawet na trzydzieści sekund uwagi i kwiatki przy szpitalnym łóżku. Nope, wracamy do Willa, patrzcie, rozebrał się i tak smutno patrzy.

(może jak się rozpłaczę, to nie zauważą, że przez oczy widać mi tył czaszki?)

No i największy fuckup serii - relacja Willa i Hannibala. Umówmy się:

- gdy ktoś próbuje ci wypruć flaki, to to nie jest romantyczne
- gdy ktoś chce zabić całą twoją rodzinę i wszystkich znajomych, to to nie jest romantyczne
- gdy ktoś chce otworzyć twoją czaszkę, aby sprawdzić, czy masz mózg, to to TOTALNIE nie jest romantyczne

Czemu więc, serialu, wpierasz nam, że jest? Niezależnie od tego, ilu środków stylistycznych użyjesz, jak sądzisz, co niesie za sobą większy ładunek emocjonalny?

a. patrzenie sobie w załzawione ślipka
b. próba brutalnego morderstwa?

Jak mam oceniać postać, która po wielokrotnej próbach bycia zarżniętą jak świniak pyta łamiącym się głosem, czy Hannibalek ją kocha?

Otóż, drogi Willusiu, mam dla Ciebie odpowiedź. 

Nie. A poza tym jesteś zbyt głupi, aby żyć. Idź skoczyć z klifu, jak na dobrego leminga przystało, zanim zatłukę cię młotkiem. Chociaż to zapewne tylko sprawi, że się we mnie zakochasz. 

Prawda jest taka, że mamy tu historię dwóch facetów, którzy co 30 minut odcinka próbują się zabić, potem im się odmienia i przez następne 30 minut się kochają i tak w koło. I mówiąc "kochają się" nie mam na myśli platonicznej relacji, bo podobno z serialu wyleciała scena, w której nasz uroczy, acz bezmózgi protagonista wsadza seryjnemu mordercy-kanibalowi język do gardła.

(hehehe, taka ze mnie krejzolka)

Nie będę się wiele wypowiadać o fabule, ponieważ sposób jej prowadzenia przedstawiłam w poprzednich notkach, napiszę więc jedynie o adaptacji Czerwonego Smoka, czyli odcinkach od dziewiątego do trzynastego.

Po pierwsze, Richard Armitage jest niesamowity.

Po drugie, to najgorsza adaptacja, jaka powstała. Głównie dlatego, że mając bite pięć godzin zamiast filmowych dwóch i pół, jakimś cudem Fuller wykastrował głównego antagonistę ze wszelkiego backstory, czegokolwiek poza byciem wizualną atrakcją. Na Ryśka (przez większość czasu półnagiego) się ładnie patrzy i w sumie tyle. Jeśli jest przerażający, to to bynajmniej nie zasługa scenariusza.

Po trzecie, Fuller nie umie adaptować. Po prostu. W pewnym momencie mamy sytuacje, gdy bohaterowie praktycznie cytują kwestie z książek... tyle że to nie są przecież ci sami bohaterowie, co w książkach, po tych dwóch-i-pół sezonu jest tak daleko od książkowego pierwowzoru, jak tylko można, nie wylatując przy tym z galaktyki. Gdy jednak scenariusz coś zmienia, jest to zazwyczaj zmiana na gorsze.

Finał jest w sumie skompresowaniem wszystkich zalet i wad serialu - wizualny i muzyczny geniusz, WTFny pseudoromantyzm w wykonaniu naszej cudownej dwójki, kretyznim innych postaci, dużo pretensjonalności i braku logiki. To, co mi towarzyszy po seansie, to głównie poczucie braku sprawiedliwości, bo oberwali zdecydowanie nie ci, którzy powinni. Pozostają tylko dzikie fantazje na temat zatłuczenia Lectera jego własnym, wyrwanym z barku ramieniem i nadzieja, że serialu nie wznowią, bo kolejnych trzynastu godzin "ale ja cię kocham/chcę cię zabić" (skreśl odpowiednie w zależności od fazy twojego cyklu miesiączkowego i jakości zdjęć Plutona wykonanych przez New Horizons) to ja totalnie nie zniosę.

Ocena:
Fabuła: 3/10
Bohaterowie: 4/10
Muzyka: 9/10
Wizualnie: 10/10
Liczba homarów: trzy (za Chiltona, Willa-leminga i brak logiki)
Liczba ślimaków: dużo, nie liczyłam

*

Tak, wiem, lemingi naprawdę się nie zabijają. 
Ale gdyby to robiły, to Willuś musiałby naprawdę się zastanowić nad swoją przynależnością gatunkową. 

16 komentarzy:

  1. "No i największy fuckup serii - relacja Willa i Hannibala. Umówmy się:

    - gdy ktoś próbuje ci wypruć flaki, to to nie jest romantyczne
    - gdy ktoś chce zabić całą twoją rodzinę i wszystkich znajomych, to to nie jest romantyczne
    - gdy ktoś chce otworzyć twoją czaszkę, aby sprawdzić, czy masz mózg, to to TOTALNIE nie jest romantyczne"
    Jedynie z tym się zgadzam, czytanie reszty bolało tak bardzo, że aż miałam ochotę zeskoczyć z klifu, ale opinie są różne, dlatego jeśli miałabym już to zrobić, to z dmuchanym kołem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie ciekawa opinia, bo wiele razy się ze mną nie zgadzano w kwestii tego, co krytykowałam, ale żeby całościowo się nie zgadzać nawet z kawałkami, które chwalę, to jeszcze chyba tego nie było.

      Usuń
    2. Wierz mi, postarałaś się by wszystkie dobre rzeczy, które wypisałaś, zostały zatopione przez tą falę krytyki. Na końcu czytelnik nawet nie pamięta, że jest coś co lubisz w serialu, aż dziw że doszłaś do trzynastego odcinka. I jednak zmieniam zdanie, nawet nie warto skakać.

      Usuń
    3. Jedno pytanie - jak dokładnie mam napisać recenzję czegoś, o czym uważam, że ma, powiedzmy, 20% zalet i 80% wad? Wady zajmują więcej miejsca niż zalety, bo po prostu uważam, że jest ich więcej.

      No i ja naprawdę nie odpowiadam za to, że ktoś nie pamięta tego, co napisałam kilka akapitów wcześniej i nawet podsumowanie w liczbach mu o tym w żaden sposób nie przypomina.

      Usuń
  2. Możesz mi wytłumaczyć o co chodzi z homarami, rakami i ślimakami? Bo nie widziałam tego w pozostałych twoich reckach (czy może to jest zarezerwowane tylko dla Hannibala?).

    A tak poza tym, to Hannibal, co prawda, przełamał klątwę Fullera, ale raczej go nie wznowią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat jest dość proste - jeśli coś jest złe, to daje raka.
      Homar to taki większy rak :)
      A ślimaki są typowo Hannibalowe, gdzieś pisałam, że jest ich mnóstwo w tym serialu.

      Usuń
  3. Jeśli gdziekolwiek jet Armitage, to ja muszę to obejrzeć bez względu na to jak bardzo mogłoby to zjeść mi mózg. Chyba się za to wezmę. Tak, dla rozrywki. A wszystkim którzy nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem polecam nowy serial "Hand Of God" - pilot już mamy przetłumaczony nawet, a drugi odcinek startuje za pięć dni. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli jest coraz gorzej. Ja dałam sobie spokój po trzech czy czterech odcinkach pierwszej serii, kiedy doszłam do wniosku, że w tym przeintelektualizowanym potworku na uwagę zasługuje tylko imponująca warstwa wizualna.

    OdpowiedzUsuń
  5. Thomas Harris będzie miał cały tydzień niestrawność. Ja osobiście jestem w delikatnym szoku, głównie dlatego, że Fuller właśnie zekranizował swojego fanfika. Da się? Da się. Faktycznie sezon był słaby fabularnie i głupota agentów FBI niesamowicie wkurwia, choć nie przyczepiłabym się tak bardzo do "fanfikowego" związku Will i Hannibala - nie jestem psychopatą ale wzajemna obsesja była na tyle mroczna i ciekawa, że mi nie przeszkadzała. Mam słabość do platonicznych miłości, nawet jeśli to patologia... Jeśli to nie byłaby ekranizacja "Czerwonego Smoka" i było więcej treści to spokojnie dałabym serialowi 9/10, tak ocena musi poszybować w dół.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ej, nie wiem, czy oglądałaś, ale warto zaryzykować pytaniem. Kto jest głupszy: FBI z The Following czy FBI z Hannibala?

    OdpowiedzUsuń
  7. Mówiłam że usuną sceny. Można na wizji pokazać gwałt hetero, nie można pokazać pocałunku homo xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież w tym serialu był seks homo...

      Usuń
    2. Odnoszę się do momentu: "...podobno z serialu wyleciała scena, w której nasz uroczy, acz bezmózgi protagonista wsadza seryjnemu mordercy-kanibalowi język do gardła" - serial znam jedynie z recenzji/opinii innych ludzi więc nie wiedziałam że jednak seks był, wybacz :o

      Usuń
    3. No był, i seks, i lesbijski związek z dzieckiem.

      Usuń
  8. Yeeey! Jest notka! Yeeeee!

    Ooo, sexy z jopakiem! Yeeee!
    O, homar. Czyli widzę, że dzisiaj prym wiedzie duża liczba odnóży?

    Kurce, aż ciężko mi sobie tę całą głupotę wyobrazić. Jeszcze się kiedyś skuszę i obejrzę, żeby sprawdzić...

    OdpowiedzUsuń
  9. Hm, ja Hannibala oglądam nawet na poważnie, ale to też kwestia podejścia. Znaczy, traktuję to jako uwspółcześnioną, zmienioną wersję dziejącą się w alternatywnej rzeczywistości, bo nie wierzę, że ktoś mógłby do ”tego świata„ napisać tak grafomańsko-poetyczne kwestie. Głupoty wybaczam, bohaterowie też ludzie, cali w nerwach w dodatku, a największe bzdury po prostu ignoruję i tłumaczę je sobie innym światem. Zdaje mi się, że to nie jest takie znowu złe podejście, wydaje mi się ono sensowniejsze niż ogranianie tego serialu w po twojemu. Aczkolwiek to już tylko kwestia podejścia.

    T.

    OdpowiedzUsuń