4.11.2014

Nierecenzja specjalna: "Pieśń dla feniksa" Danuty Miklaszewskiej

Aby wszystko było jasne, nierecenzja specjalna to taki twór, który będę czasami wrzucać na blog, aby wyrobić odpowiednią liczbę notek, ponieważ ktoś mi napisał, że powinnam częściej pisać, bo to oznacza więcej lajków na facebooku.

Żeby się nie przemęczać, nierecenzje nie będą mojego autorstwa, a blogerów zaprzyjaźnionych. Ta na przykład jest merrik. Merrik narzeka w niej, że nie ma mojego poczucia humoru, więc gdyby komuś to przeszkadzało, na sam początek mogę opowiedzieć kawał i wstawić śmieszny obrazek.



No więc: Wchodzi Rzymianin do baru i mówi:
- Poproszę martinusa!
A barman na to:
- Chyba martini?
- Gdybym chciał więcej niż jednego, to bym powiedział.




A teraz zapraszam na niereckę. Będzie miała dopiski.

*

Ta (nie)recenzja powstawała w długich męczarniach. Serio. To było 332 stron męki, irytująco nudnej, bezsensownej fabuły z dodatkami które powodowały wymioty. Nie mam tyle samozaparcia co Q, żeby czytać złą literaturę dla przyjemności. Nie mam też poczucia humoru Litery, ale mam nadzieję, że moje wystarczy.

Tak naprawdę bardzo długo zastanawiałam się, czy nie rozpocząć i nie zakończyć jednocześnie (nie)recenzji tym cytatem:
(pozwoliłam sobie wsadzić cytat w mema. tutaj wersja animowana - Q.)



Innymi słowy: gwałciciel przerzuca winę na ofiarę, bo przecież gwałt nie jest winą gwałciciela, no skąd. Ofiara walczy? Kto by się tam przejmował, to wina ofiary, gwałciciel jest spoko. W ogóle gwałt jest spoko, taki super-słodki i wspaniały!...

Tylko, że nie. Nie wiem, jakimi meandrami pełzał umysł autorki tego czegoś, co ma ISBN i udaje książkę. Nie wiem, jakimi meandrami pełzały umysły nastoletnich (taką mam nadzieję) czytelników piszących na yatta.pl o tym, jakie sceny erotyczne w tym tworze są świetne. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, ale dla mnie ten opis jest odrażający i obrzydliwy. Cała scena (prawie dwie strony) kończy się szantażem typowym dla gwałcicieli – nikomu nie powiesz, bo to ty straciłeś honor. Sytuacja co prawda ma miejsce tylko w głowie gwałciciela, a autorka stara się zatrzeć obrzydlistwo twierdzeniem, że doradcy jest przykro… Ale nie. Nie jest mu aż tak przykro, żeby swoich fantazji nie próbować urzeczywistnić. Pod koniec męczarni jaką jest czytanie tej książki dostajemy próby gwałtu.

Drodzy Czytelnicy – ten wspaniały cytat to tylko początek. Niemniej, już sam ten cytat wystarczy żeby wyrobić sobie zdanie o tym tforze. 

Zanim przejdę do dalszej części – ta książka ma jeden, jedyny pozytyw. Jest nim okładka, która nie wypala oczu. Niestety z treścią, jak już wspomniałam jest znacznie gorzej. Osoba, która przygotowywała opis książki twierdzi, że styl autorki może wydawać się liryczny, a autorka twierdzi, że pisze w sposób staroświecki. Niestety, ani liryczny, ani staroświecki nie są przymiotnikami, których ktokolwiek mógłby użyć żeby opisać to, jak została napisana ta ksiunrzka. Infantylny pasuje znacznie bardziej(chyba, że „To nie tak. Jestem ogólnie wściekły” jest dla was przykładem staroświeckiego stylu. Albo lirycznego. Nie? Tak myślałam).

A teraz trochę o fabule: cały świat poza Chinami i Rosją padł na kolana z powodu kryzysu gospodarczego. Z tej okazji Chiny i Rosja wracają do monarchii absolutnej. Wyjaśnienia dlaczego, poza „bo tak” nie ma. Czemu akurat Rosja się uchowała, a nie na przykład Stany? Bo tak. Ja wiem, szukanie logiki w zamaskowanych fanfikach to trochę jak szukanie igły w stogu siana, ale zawsze można próbować (jedną z głównych postaci jest, prawdaż, koreański piosenkarz – czy też raczej dwóch zmiksowanych w jednego).Fabuła, jak pewnie możecie się drodzy czytelnicy domyślić jest zbudowana wokół romansu cesarza Chin, Niebiańskiego Feniksa i.. no właśnie. Kilku osób. Mamy przebłyski na cara Rosji, mamy doradcę-Gwałciciela i mamy doradcę-nie-gwałciciela...  Głównym wrogiem (według umysłu cesarza) jest jeden z doradców, który służył na dworze za czasów poprzedniego cesarza – Xiah Changmin. Jak zwróciła uwagę znajoma fanka kpopu doradca został ochrzczony miksem imion dwóch koreańskich piosenkarzy z Dong Bang Shin Ki.

Jeśli liczyliście na pałacowe intrygi, akcję trzymającą w napięciu, albo cokolwiek poza wsadzonymi od czapy scenami seksu, logiką kwilącą cicho w kąciku… to czego właściwie szukacie na blogu Q?

Ksiunrzka atakuje nas przebłyskami strachu w oczach cesarza, wyczulonymi na dawne czasy Chińczykami, carem Rosji mówiącym do cesarza per króliczku, niebywałym kunsztem opisywania scen erotycznych (jeden przykład już mieliście, tu kolejny: "Chwilę później do palców dołączył język. Li pieścił wrażliwa skórkę, rozkoszując sie narastającym ciepłem oraz nieznacznym drżeniem pieszczonego pala" [dobra, tego nie wsadzę w obrazek, żal mi Adama - Q]), zaskakująco różowymi sutkami cara (ja tam nie wiem, może one fluorescencyjne były…?), postaciami z dykty, grające język, olejek nawilżający z niezwykłymi właściwościami(to znaczy, cóż za zaskoczenie – nawilżającymi), cesarzem traktowanym jak małe dziecko, zakończeniem, które można przewidzieć czytając opis z tyłu książki… Mogłabym tak długo, naprawdę.

Intryga polityczna, która teoretycznie miała stanowić oś fabularną, jak już się zapewne domyślacie nią nie jest. Wszystko rozbija się o to, który z doradców ma ochotę dobrać się do carskiego tyłka. Aby się do tego tyłka dobrać, jeden z doradców organizuje intrygę dziurawą niczym ser szwajcarski, której przejrzenie zajmuje postaciom całą ksiunrzkę.

Naprawdę próbowałam znaleźć w tej książce coś dobrego, bo szkoda mi było tylu zmarnowanych drzew i w miarę estetycznej okładki. Niestety mi się nie udało - przewidywalna fabuła, infantylny język, błędy językowe, brak logiki, nieudolnie napisane sceny seksu, obrzydliwe fantazje…



PS Ja książki nie czytałam, to się nie wypowiem. Ale cytat "Nie widziałem na jego twarzy wyrazu rozkoszy, ale to nie moja wina" sprawił, że kupiłabym ksiunrzkę w ciemno. Serio. Niektóre Litery po prostu chcą patrzeć, jak złe ksiunrzki płoną. Q.

14 komentarzy:

  1. Ażeby się przypieprzyć. Uzbrojona w swoją mizerną znajomość mandaryńskiego i założenie (zapewne mocno na wyrost), że na dworze cesarskim mandaryni mówić zwykli po mandaryńsku, uprzejmie donoszę, że nazywanie Chińczyka na cześć koreańskich piosenkarzy kończy się żałośnie: w mandaryńskim sylaba "xiah" nie występuje, co najwyżej "xia". I może to "h" jest nawet i nieme, ale wciąż sugeruje nieco inny dźwięk, niż mógłby się tam znaleźć.

    To tak w imię przypieprzania się do wszystkiego, do czego można się przypieprzyć <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że ten chińczyk był w połowie koreańczykiem ;)

      Usuń
    2. Och, przecież podkreśliłam dwukrotnie, że przypieprzam się w imię przypieprzania ;)

      Usuń
    3. Takie trochę spóźnione, ale jednak.
      "Xiah" faktycznie funkcjonowało w początkach DBSK, ale kiedy Junsu (czyli Xiah) zmienił wytwórnie, zmienił też pseudonim na poprawne "Xia". Ale wychodząc z założenia, że aŁtorce riserczu nie chcę się robić, a Xiah brzmi lepiej...
      Popieram, że kupiłabym ksiunrzkę jedynie dla okładki. Miała chyba za zadanie odciągać czytelnika od treści.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę słaba ta (nie)recenzja. Za mało merytorycznych uwag, przykładów błędów językowych, rzeczowych itp. Właściwie to dowiedziałam się tylko, że ta książka jest zła... bo jest zła. Coś więcej by się jednak przydało o niej napisać. Ale fakt, dzieło wiekopomne to to nie jest. PdFa czytałam dawno temu, ale wynudził mnie przeokrutnie. Jedynie wątek tego japończyka i doradcy miał jakiś tam potencjał, ale autorka go kompletnie olała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam, ale wypowiem się: pieszczony pal jest niebezpiecznie blisko wyciskanej brzoskwinki z książki K. Michalak, a to nie może oznaczać niczego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  5. A mnie się NIErecenzja podobała. Przyjemnie się czytało, było merytorycznie i konkretnie.
    Jak dla mnie takie gościnne występy mogą pojawiać się częściej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Co robię zamiast pisać piękną pracę na konkurs aby dostać się na komparatystkę na UMK? (Zła szkoła, kierunek w sumie nie wiadomo jaki, bo dopiero otwierają, ale temat o mitologii a ją kocham no... I indeks to zawsze jakieś zaplecze ) Lub pisać piękne opowiadanie inspirowane twórczością El Greco?
    W skrócie polonistka każe coś napisać bo inaczej nie postawi piątki, bo sam geniusz nie wystarcza, jak się nie czyta lektur (Ale Żeromski i Sienkiewicz no... I "Trans-Atlantyk!"[ale tu chociaż były geje])
    Czytam wszystkie twoje recenzję. I chociaż serce boli na krytykę "Sherlocka" i "Doktora" , a co do redakcji Kotori to może chociaż borni ich to, że to prywatnie naprawdę fajni ludzie! I raczyli wyjaśnić mojej rodziciele, że dollfie to coś więcej niż lalki. To muszę przyznać, że mi się podobasz, twój styl i upodobanie w kotach i Wishawie ( to małżeństwo udowodniło chociaż, ze te wszystkie slashe mają chociaż ciut sensu!) i masochizm w czytaniu tego całego mniej i bardziej soft-porno.
    Ogólnie jestem bardzo za!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dowcip o martinusie byl super >D

    OdpowiedzUsuń
  8. Dowcip o martinusie mnie zabił, podobnie jak nieznaczne drżenie pieszczonego pala (dobra nazwa dla kapeli punkowej). Tak się zastanawiam... Skoro ktoś i tak chce pisać porno, to czy nie można przynajmniej umieścić go w znanych autorowi realiach? Mało tego, czytałam opowiadania porno, w których fabuła była znacznie lepsza i bardziej wiarygodna niż w tworach prezentowanych na blogu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam książkę kilka razy i bardzo chętnie przeczytałabym kolejną książkę Yaoi tej autorki. Bardzo mi się ona podobała i moim zdaniem recenzja jest dobijająca. Nie wiem co pan Q lubi czytać i co jego zdaniem byłoby genialne, ale dla mnie wśród śmieci, ta książka jest ciekawa. Opisy nie męczą, są zrozumiałe. Trzeba po prostu tę opowieść zrozumieć, a nie "męczyć się".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to złośliwe, ale osoba, która po przeczytaniu recenzji nie zauważyła, że nie napisałem jej ja nie powinna zbytnio wypowiadać się na temat... hm... rozumienia książek.

      Usuń
  10. Uhm, Xiah to nie jest prawdziwe imię Kim Junsu, to jest imię pod którym funkcjonuje na rynku chińskim (tak, nawet teraz, kiedy nie jest już 1/5 grupy DBSK). Jakoś tak się przyjęło nawet w międzynarodowym fandomie.
    I uważam, że ałtorka stworzyła postać Xiah Changmin, ponieważ to był jej OTP w zespole i chciała go przeforsować mimo wszystko. Bo Cassiopeia wiedzą, że taki pairing jest nie do przyjęcia (hehe).

    OdpowiedzUsuń