3.27.2014

Kącik hipstera: Pięć mainstreamowych pozycji, których nie lubię

 Ten wpis powstał, oczywiście, celem podkreślenia, jak wielkim hipsterem jestem.

A samojebki iphonem w Starbucksie robić to nie łaska? - pytają uprzejmie czytelnicy.

Jedno sobie ustalmy: na tym blogasku nie ma product placementu. Nawet nie placementuję wytworów własnych, chyba że są wybitnie śmiechowe, durne, dziwne lub po prostu mam na to ochotę. Ale zasadniczo wolę placementować śmieszne koty.




Khem. Jak już ustaliliśmy w ankiecie, hejtuję z nudów zazdrości dla sławy wszystko po lewej. Większość tego jednak, co przehejtowałam w poprzednich notkach, to dzieła niszowe mniej lub bardziej, wygrzebane w księgarniach internetowych, dzieła autorów mało znanych. W tej notce będzie więc spis książek/filmów/seriali, które są popularne, a których nie lubię i dlaczego. Żeby jednak było trudniej, nie dam do poniższej listy niczego, co uznaje za stricte złe, tak jak złe są książki Katarzyny Michalak czy komiksy Sitriel. Nie znajdziecie tu więc popularnych kiepskich ksionrzków jak saga Zmierzch, omówienia serii Transformers Michaela Baya czy nowej trylogii z Bondem. Czemu? Bo to złe, gorsze i kiepskie. Jeśli kiedykolwiek będę pisać o syntezie złego pisarstwa z chaotycznymi efektami specjalnymi i drewnianą grą aktorską, pewnie te pozycje się tam znajdą. To jest wpis o pozycjach generalnie dobrych (lub co najmniej średnich) i czemu ich nie lubię. Subiektywnie.

Zacznijmy więc od działu dziecięcego, więc...

1. Harry Potter J.K. Rowling
Gdy byłam małą Literką, bardzo lubiłam Harry'ego. Było to w czasie, gdy sądziłam, że dzieci rodzą się naturalnie przez gardło brzuch mamusi, a na całym świecie mówią w dwóch językach - po polsku i po bełkotliwemu. Jak łatwo można się domyślić, nie byłam wtedy wyrobionym czytelnikiem. W każdym razie uwielbienie do Pottera utrzymało mi się tak do wydania piątego tomu serii. Szósty przeczytałam dwa razy, siódmy - raz jeden. I w sumie kiepsko pamiętam, co tam było. Później próbowałam przeczytać od początku pierwszy tom... i nie dałam rady.

Wydaje mi się, że Harry Potter pośliznął się (przynajmniej w moim specyficznym wypadku) na koncepcji dorastania z czytelnikiem. Miałam jednocyfrową liczbę lat, gdy przeczytałam pierwszy tom i był on w zasadzie dostosowany do mojego wieku. Byłam w wieku wczesnonastoletnim w czasie wydawania tomu piątego... i wtedy on też był przeznaczony dla mnie. Teraz, po wydaniu wszystkich tomów, mamy do czynienia z serią, której ostatnie, "mroczne" tomy nie są przeznaczone dla dzieci, a pierwsze, "bajkowe" nie są przeznaczone dla dorosłych. Oczywiście, wielu osobom to nie przeszkadza, bo nostalgia, bo fejm, bo filmy były całkiem niezłe, bo wypada znać... cóż, mi przeszkadzało. Przeszkadzało mi, że te książki są koszmarnie nierówne względem targetu, a pod koniec autorka widocznie szamotała się mocno, nie wiedząc konkretnie, dla jakiej grupy wiekowej pisze. Jeśli dobrze obczaiłam tendencje fandomowe, niemalże nikomu nie podobał się epilog ostatniej książki, wielu także marudziło na zbyt nieprawdopodobne i przesłodzone zakończenie. Ot, na koniec Rowling nie trafiła w target. U mnie nie trafiała już dawno i prawdopodobnie do serii nie wrócę.

2. Disney i filmy Hayao Miyazakiego
Tak, miałam dzieciństwo. Tak, oglądałam wtedy Disneya. Oglądałam też He-mana, kreskówkę o Motomyszach z Marsa i takie dziwne coś o pomidorach, co zeżerały ludzi. Myszy i pomidory podobały mi się bardziej, bo działy się tam ciekawsze rzeczy niż w Disneyu. Zresztą, sami obczajcie: zeżeranie ludzi vs. jakieś zwierzątka i śpiewanie.

Tu muszę jednak zrobić dygresję. Nie jestem wielką fanką pewnego rodzaju pozycji skierowanych dla dzieci. Wydaje mi się, że współcześnie filmy dla dzieci robi się na dwa sposoby: są filmy, które dziecko i dorosły zrozumie podobnie oraz są filmy z warstwą skierowaną dla dzieci i warstwą skierowaną dla dorosłych. Do tych pierwszych zaliczam zdecydowaną większość filmów Disneya (zwłaszcza te o księżniczkach i zwierzątkach) i chyba wszystkie dzieła Miyazakiego. Te drugie to np. Shrek, gdzie dziecko sporej części żartów prawdopodobnie nie zrozumie, czy nawiązujący do studenckiego życia Uniwersytet Potworny. Filmy w kategorii pierwszej są bardzo uniwersalne, te z kategorii drugiej - zdecydowanie mniej klasyczne (jeśli za klasyczność przyjmiemy ułagodzoną wersję baśni). Filmy z kategorii pierwszej mnie koszmarnie nudzą, te z kategorii drugiej raczej lubię.

Powiedzmy sobie szczerze: filmy dla dzieci mają mnóstwo klisz. Co więcej - są tak zakliszowane, że od czasu wspomnianego Shreka nawet przełamywanie klisz staje się kliszowe. Kłopot w tym, że większość klisz występujących w filmach Disneya po prostu nie lubię. Pomidory zeżerające ludzi - okej. Deus ex machina w postaci siły miłosci - nie okej. To nieinteresujące, nudne, dajcie coś do zeżerania ludzi.

Z filmami Miyazakiego mam jeszcze gorzej, bo zasadniczo nie dzieje się tam nic, co by mnie zainteresowało. W moim sąsiedzie Totoro przez 3/4 filmu obserwujemy życie dzieci na wsi plus jakieś paranormalne dodatki, które głównie ładnie wyglądają. I wiecie co? Na końcu nikt nikogo nie zeżera! Nie tego szukam mówiąc o sensownej akcji.

Oczywiście, te wszystkie filmy są świetnie zaanimowane, mają zazwyczaj fajne piosenki, przekazują pozytywne wartości i zapewne gdyby Litery mogły się rozmnażać, to pokazałabym je swoim dzieciom. Ale sama bym z nimi ich nie oglądała, bo dwuminutowa sekwencja robienia ładnego lodowego zamku nie jest warta wytrzymania kilkudziesięciu minut tego, że w tym filmie pomidory nie zeżerają ludzi.

3. Doktor Who
DoktórHu to nie jest serial dla dzieci, cotysobiewyobrażasz?!!! - warczą Whowianki (15 i 16 lat).

No dobra, to serial familijny, okej? To żaden zarzut. Rozumiem ludzi, którzy lubią seriale familijne, seriale dla dzieci i tak dalej. Sama lubię. Niektóre.

Ujmijmy sprawę jasno - Doktor Who to serial, którego popularności nie za bardzo rozumiem. Znaczy, rozumiem wśród Anglików, bo a. to Anglicy, b. tradycja i w ogóle. Rozumiem, że się może podobać. Nawet sporej liczbie ludzi. Ale fenomenu nie rozumiem i gdyby ktokolwiek mnie zapytał, czemu ten serial jest aż tak popularny, stawiałabym na samonapędzające się grupy fanów. Normalnie twócy Doktora powinni odstąpić jakąś część dochodów platformie Tumblr, bo tam chyba generują nowych fanów.

Moja przygoda z serialem zaczęła się obiecująco - jest sobie koleś, co sobie podróżuje w czasie i przestrzeni z niebieską budką i cycatą babką, co by było po kim angstować, gdy scenarzystom skończą się pomysły na fabułę. Znaczy, angstować za babką. Chociaż za budką w sumie też. W każdym razie, jako że koleś może sobie podróżować gdziekolwiek i kiedykolwiek zechce, mamy do czynienia z rajem kreatywnego scenarzysty i można zrobić O TYLE oryginalnych odcinków. Prawda?
Cóż... i tak, i nie. Spora część Doktora Who jest rzeczywiście bardzo pomysłowa... ale też jest mnóstwo odcinków, które wyglądają mniej więcej tak: przestawienie tła -> zawiązanie akcji -> trochę fabuły -> punkt kulminacyjny -> Doktor ratuje dzień -> cycki. Nie, dobra, cycków nie ma, ale powinny być, tak na zadośćuczynienie. Serio, ten serial uczy, że najlepszym, co może spotkać Ziemię w wypadku najazdu kontrolujących umysły kosmitów jest jakiś typek w szlafroku. Sorka, ale od dobrych kilku lat wiemy, że typy w szlafrokach nie bardzo nadają się do ratowania czegokolwiek i tak ma pozostać.

W efekcie co drugi odcinek pomimo ciekawego zawiązania akcji rozwiązuje cały konflikt za pomocą takich rekwizytów jak kroplówka z wodą zabarwioną na różne kolory. I możecie mówić, że tak po prostu miało być, kid friendly i w ogóle, ale ja po którymś tam zawodzie przerwałam oglądanie serialu. Bez żalu, bo żadnej postaci jakoś strasznie nie polubiłam.

I nikt mi nie wmówi, że te śmieszne wielkie pieprzniczki są chociaż trochę przerażające.

4. Sherlock (BBC)
Dobra, przyznaję. Gdybym miała pistolet z jedną kulą i mogła strzelać albo do Joffreya Baratheona, albo do Sherlocka z Sherlocka, zastrzeliłabym tego drugiego.

(Bo Joffa chyba łatwiej dobić kolbą.)

Mało która postać wywołuje u mnie tak epicki, olbrzymich rozmiarów hejt. Gdyby nienawiścią do fikcyjnej postaci można było nakarmić biedne dzieci, mój hejt na Sherlocka dostałby Pokojową Nagrodę Nobla.

Nigdy nie czułam się wielką fanką postaci Sherlocka Holmesa. Nie tak, że go nie lubię, czy nie doceniam. Mam trochę sentymentu, bo opowiadania Conan Doyle'a czytałam w wersji simple english na dodatkowe zajęcia w podstawówce, potem sięgnęłam po polskie zbiorki. Bez większego zaangażowania oglądałam jakieś adaptacje, aż doszłam do serialu Sherlock i zapałałam niechęcią do głównego bohatera.

Po kolei jednak. Serial już na początku raczył mnie czymś, czego wybitnie nie lubię: SZS. SZS to skrót na Syndrom Zaburzeń Serialowych. Zaburzenia serialowe sprawiają, że jakiś bohater jest Genjalny i mają uzasadnić wszystkie jego poczynania Genjalnością i dlatego bohater wyciągając swoje dedukcje z sempiterny zawsze ma racje. Bo jest Genjalny, a nie dlatego, że przeczytał scenariusz.

Niestety, SZS sprawia, że bohater okupuje Genjalność brakami w innych dziedzinach życia. Braki w innych dziedzinach życia nazywa się szumnie Aspergerem, socjopatią albo czymś po łacinie (może być diarrhoea, brzmi poważnie). Wszystkie te Straszne Choroby objawiają się u bohatera za pomocą bycia bucem, chamem do kwadratu i osobnikiem, którego w realnym świecie wykopaliby z dowolnego stanowiska niezależnie od posiadanych przez niego pleców. Gdzieś w okolicach entego sezonu okazuje się jednak, że bohater buc, po tym, jak przez te n sezonów okazywał swoją wyższość, brak zainteresowania i podstawowej chęci współpracy nadskakującym mu bohaterom pobocznym, ma naprawdę miękkie serduszko i jest skłonny do Takich Poświęceń.

A Q. tylko dopinguje, aby sobie jednak ostatecznie rozwalił łeb.

Nie lubię. Nie lubię głównego bohatera, nie lubię towarzyszącej mu pary cycków (nadskakującej głównemu bohaterowi, jak każda kobieta w tym serialu) i ogólnie to jeden z niewielu tworów, które uważam za dobre, z adnotacją: wyłączając większość bohaterów.

5. Wszystko, co napisał Tolkien i ekranizacje jego dzieł
Tu akurat sprawa jest prosta. Tolkien pisał klasyczne, legendarne high fantasy. Nie lubię high fantasy. Klasycznego high fantasy nie lubię w ogóle, bo zanim sięgnęłam po Tolkiena, inni już mi ten gatunek obrzydzili. I tak, wiem, ci inni to były marne podróbki mistrza, ale nie zmienia to faktu, że nie lubię. Nie oznacza to, że nie przeczytałam Władcy Pierścieni. Przeczytałam, raz, odbębnione, koniec. Przeczytałam Hobbita. Próbowałam obejrzeć ekranizację Hobbita. Odechciało mi się w połowie, bo z zasady nie oglądam niczego, gdzie postacie są bardziej skupione na fajnym wyglądaniu niż na byciu... no, bohaterami. Oglądając ten film wręcz wali po oczach, jak to wszystko ustawione, aby dobrze wyglądało z boku, sztuczne jakieś i dziwne. Nie bardzo sobie wyobrażam, aby te elfy rzeczywiście lubiły szorować swoimi szatami po gruncie.

Oczywiście, niektórzy uważają, że to taki styl i ma wyglądać... i może mają rację. Bo mnie to nie trafia.


Pozycji na tej liście powinno być więcej. Nie lubię marvelowego Lokiego. Nie lubię Snape'a, Elfen Lied, Kuroshitsuji przerwałam po dwóch odcinkach i jakimś specialu. Nie lubię filmów reżyserowanych przez Steve'a McQueena, niezależnie od tego, jak wielką ilość gołego Michaela Fassbendera zawierają w sobie. Nie lubię sporej części literatury wysokiej, nie przemawia do mnie Żeromski, nie ruszają barokowe wiersze i z zasady nie tykam żadnego romansu paranormalnego. Co ciekawe, więcej jednak książek, filmów i seriali lubię niż nie lubię, i niedługo pewnie napiszę analogiczną notkę o pozycjach, które uważane są za kiepskie, a ja mam do nich sentyment.

Na koniec: jakby ktoś jeszcze nie polubił facebooka Piwnicy, to niech to zrobi. Jest tam odpowiedź na pytanie, które wydawnictwo reklamuje się penisami, są tam też śmieszne koty i w ogóle. Zachęcam też do głosowania w ankietach :>

PS. Gifów nie ma. Musicie wrzucić pod spodem swoje.

27 komentarzy:

  1. Hm, wychodzi na to, ze nie lubię raczej rzeczy, o których litera napisała na końcu (właściwie wszystko z wyjątkiem Snape'a, ale to pewnie tylko dlatego, że dawno nie czytałam HP). Z główna treścią notki w większości się nie zgadzam (z wyjątkiem tego o ekranizacji "Hobbita", bo to sama prawda).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że większość ludzi nie będzie się zgadzać z główną treścią... właśnie chyba taki jest sens tej notki.

      Usuń
    2. Ale zauważ, jak wielu zgadza się z końcówką.;)

      Usuń
  2. "Nie lubię Snape'a, Elfen Lied, Kuroshitsuji przerwałam po dwóch odcinkach i jakimś specialu" - tak bardzo tak. <3 Snape nigdy nie był specjalnie lubianą przez mnie postacią, ale po zapoznaniu się z fandomem, zaczyna mnie on naprawdę wkurzać. A Elfen Lied i Kurosz chyba nie miałyby racji byt w spisie, bo są przeraźliwie słabe - a w notce były rzeczy raczej dobre/przeciętne. Każdego, kto spróbuje mi wmówić, że Sebastian czy Lucy to dobrze skonstruowane postacie, na miejscu zabiję śmiechem.
    Swoją drogą z high fantasy mam podobny problem. Znaczy, Tolkiena uwielbiam, bo szczęśliwie to były pierwsze książki hf, które przeczytałam - natomiast teraz tak mi się ta konwencja przejadła, że z trudem wmuszam w siebie nawet klasyków (Kay od roku leży na biurku i nie chce się przeczytać. Zresztą on zrzynał z Silmarillonu aż świszczało - to też jest deprymujące).

    OdpowiedzUsuń
  3. Och w końcu ktoś napisał, że nie lubi Sherlocka i dzięki temu nie czuję się już osamotniona. Mam identyczne zarzuty do głównej postaci. Genialność była w moim odczuciu sztuczna, zbyt niesamowita, aby można było to strawić. I nawet jeśli tak miało być to zrobiło się to groteskowe.

    HP czytałam również w czasie nastoletnim i nie mam odwagi do niego wrócić, z jakiejś okrutnej obawy, że jego czar pryśnie.

    Kuroshitsuji - z ciężkim sercem przebrnęłam przez 1 tomik... i czułam się zmolestowana naiwnością historii i przewidującymi bohaterami.

    Buka

    Buka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Borze, jak dobrze wiedzieć, że nie jestem jedyną, która nie trawi Szerloka... Generalnie ten trend na zachwycanie się ludźmi z aspergeropodobnymi zaburzeniami do mnie kompletnie nie trafia.

      Usuń
    2. To już jest nas więcej :)
      Myślę, że postać bez takich "urozmaiceń" po prostu by się nie sprzedała w mediach i mało kto oglądałby serial.

      Buka

      Usuń
    3. Ja z kolei nie cierpię Szerloka, bo sama mam Aspergera. Nikt z Aspergerem nie zachowuje się jak on, to jest po prostu dupkowatość i pseudo-głębia.

      Usuń
  4. Kurde no, z prawie wszystkim się zgadzam (szczególnie Doctor Who, he), ale Sherlocka będę kochała po grób. W dodatku reoglądanie go z polskim lektorem sprawia, że czuję się tak, jakbym oglądała ten serial pierwszy raz. Najlepsze tłumaczenia jak na razie to chyba "kulejesz, bo chcesz", "trzeźwi nigdy nie rysują, pijani tak", no i sławna "będzie zabawa"... Aż łezka mi się w oku zakręciła ;).

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałabym umieć w tak zabawny, a jednocześnie nieobraźliwy sposób opisywać swoje niechęci! Bo, na przykład, Szerloka lubię, ale bardzo przyjemnie było czytać Twoje argumenty. Gratki.
    Jeśli o Miyazakiego chodzi, to jeśli chcesz film nie dla dzieci, polecam Porco Rosso. Jest kid friendly, w sensie, że nie ma seksu i przemoc dość kreskówkowa. Ale podejmuje tematykę, której dziecko po prostu nie zrozumie, ba, warstwa odnosząca się do faszyzmu jest tak delikatna, że spotykałam ludzi, którzy jej nawet nie załapali. To zresztą mój ulubiony film od Ghibli :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Szerloka rozumiem, ja na niego nie mogę patrzeć, Doktora Hó też, bo jest infantylny. Pottera również nie wszyscy lubią, tak samo Tolkiena i jego idealne high-fantasy... ale Miyazaki? Tego nie rozumiem. Akurat Mój sąsiad Totoro był dosyć nudny, tak. Ale Księżniczka Mononoke? Jak dla mnie najpiękniejsza bajka. Tak samo Grobowiec Świetlików. nO ALE CUSZ.

    OdpowiedzUsuń
  7. O Sherlocku myślę dokładnie to samo. :) Przy czym bywał skończonym idiotą, sprawa z taksówką i "znikającym" ludziu w pociąg były od pewnego momentu banalnie proste a bohater dniami próbował je rozgryźć. By kiedy indziej, właśnie, zwyczajnie czytać scenariusz.
    Nie lubię również HP, po serie sięgnęłam już jako mocno dorosła osoba gdy już nasłuchałam się ochów i achów nad bohaterami i niesamowitą złożonością świata. Wysiadłam w trakcie trzeciego tomu, postacie były nieciekawe lub wkurzające a świat kupy się nie trzyma. Gdybym czytała zetknęła się z książką te kilka(naście) lat temu dziś myślałabym o niej z sentymentem.
    A filmów nie tykałam więc nie wiem jak wypadają na tle pierwowzoru.

    Koyomi

    OdpowiedzUsuń
  8. Boże, masz propsy u mnie za to co napisałaś o Sherlocku, myślałem że tylko mnie jego bucera przerasta <3

    Fenomen Disneya też mnie troche zdumiewa, ale to może przez te podprogowe informacje masońskie tylu dorosłych ludzi za nim szaleje.

    Nie sądze naprawdę, żeby wyrośnięte pieprzniczki miały za zadanie przestraszać kogokolwiek, w ogóle mam wrażenie że to nie jest serial który można oglądać na poważnie xD Jako komedia sci-fi jest zabawny, chociaż po jakimś czasie się przejada.

    Zdrowiej, i tego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Gdzie w Sherlocku jest ,,towarzysząca mu para cycków''? Oglądałam całe trzy sezony i wydaje mi się, że Martin niczego pod sweterkiem nie ukrywa... Albo to tajemnicze przeniesienie zdania z punktu o Doktorze, albo pokićkało Ci się to z ,,Elementary'', które rzeczywiście jest złe.
    Masz całkowitą rację w punkcie o Tolkienie. :)
    Enea

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://i4.mirror.co.uk/incoming/article2045582.ece/ALTERNATES/s2197/Sherlock-2045582.jpg

      Usuń
  10. Zgodzę się, że filmy Miyazakiego są -cóż- jednowarstwowe, więc ten, który bawi dzieci raczej nie będzie bawił dorosłych. Polecam więc obejrzenie czegoś z targetem na starszych widzów, np. "Księżniczkę Mononoke" <- to przynajmniej nie będzie wiało nudą i nie zostawia też materiału na 5 sequeli.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja z Szerlokiem się zgadzam :) Całkowicie :)

    Nie wiem czy Cię to zainteresuje, czy to Twoje klimaty i w ogóle. (Chociaż to jest niby fantastyczno-sci-fi-sensacyjno-horrorowo cośtam ) Mam dla Cb pewną propozycję.

    "Łowca Snów" S.Kinga

    Mimo mojej całej miłości do Stefcia to tej ksionrzki nie trawię. Rozumiem dużo, ale ŁASICOPODOBNY kosmita, który podczas rozmnażania(?!) się przypomina mech i porasta wszystko?! To za dużo!!! A i na dodatek grupka przyjaciół bohaterów ratujących cały świat przed zmasowanym atakiem tychże kosmitów. Wymiękam....

    Czasem mam ochotę przepraszać za tę ksionrzkę zamiast Kinga. Naprawdę. Wszystkich po kolei. I mu przyłożyć. Tą ksionrzką. W twardej oprawie. Mogł tego nie wydawać...

    Przepraszam wszystkich Kingomaniaków i Stefcia, ale musiałam to napisać :)

    Zdrowiej Q!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi jakby to napisał Masterton, a nie King XD

      Usuń
  12. Podobają mi się Twoje artykuły, ale jednak ja mam swoje sentymenty do HP czy filmów Disneya, bo na tym się wychowałam (jestem rocznik 96), wiele wartości wyniosłam z tych pozycji i jestem takim troszkę dziwakiem, bo nie interesuje mnie (jak większość znanych mi dziewczyn) moda, czy co miesiąc nowy chłopak. Ja interesuję się anime, kulturą Japonii, grami na wszelkie możliwe sprzęty, fantastyką i wieloma innymi rzeczami, które sprawiają, że od dzieciństwa obracam się w towarzystwie chłopców i nie mam najlepszej przyjaciółki (nie mam zaufania do dziewczyn, sparzyłam się kilka razy, koleżeństwo owszem, ale posiadanie przyjaciółki odpada), mam kilku najlepszych przyjaciół - chłopaków, do których mam zaufanie. Co do Tolkiena, to nie przepadam za jego obfitym stylem pisania :) "Hobbit" bardzo mi się podobał, ale przez "Władcę..." brnęłam jak przez bagno, a to z powodu kwiecistego stylu, ciężkiego języka i szczegółowych opisów przyrody. Filmy oglądałam z ochotą, bardzo dobrze zrobione. W HP od dzieciństwa podobały mi się te mroczniejsze kawałki, a odkąd wyszedł piąty tom, to te trzy ostatnie książki podobają mi się najbardziej :) Nie chcę Cię obrażać, mam tylko sentymenty i tyle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ić stond. Serio, to nie jest blog dla Ciebie. Jakkolwiek sama, jak wiadomo, jestem Literą i egzystuję tylko w Internecie, tak uważam, że najlepszą radą dla osoby, która pod notką o tym, Cumberbatch w Sherlocku był irytujący, a Rowling miała zły koncept na siedmioksiąg pisze o tym, że jest dziwna, bo "nie interesuje ją moda i co miesiąc inny chłopak" jest - wyjdź z Internetu i poznaj normalnych ludzi. W sumie w Internecie też się da, ale rozumiesz, jak w realu palniesz durnotę, to usłyszą trzy osoby i zapomną, jak palniesz w Internecie - to my nigdy nie zapomnimy.

      Usuń
    2. Oj nigdy :)

      Usuń
  13. Po przeczytaniu powyższego dochodzę do wniosku, że obdarzasz "hatem" te wszystkie pozycje z filmów czy książek, które są najlepsze. Słowem - otrzymanie od Ciebie prześmiewczej recenzji jest dla autorów komplementem :) Zaiste ciekawy sposób na zwrócenie na siebie uwagi.
    Zdrowia życzę! Prawdziwe Q

    OdpowiedzUsuń
  14. Dzisiaj przypadkowo trafiłam na ten blog, zaczęłam czytać, spodobało mi się, zajrzałam tutaj i naszła mnie taka refleksja czy aby nie jestem bliźniaczką literki Q. :)
    Serio! Dokładnie pod wszystkim się podpisuję. Jednak istnieją na świecie ludzie, którzy myślą jak ja!
    Harry Potter - przeczytałam pierwszą część, bo wszyscy się tym zachwycali... i nic! Jakieś takie nijakie. Spróbowałam coś nowszego, bo pomyślałam, że za stara byłam na pierwszy tom, wzięłam jakiś tam nowszy - nie. Nie pykło.
    Disney - to samo. Miłość od pierwszego wejrzenia po zamienieniu dwóch słów i jakieś takie nieciekawe to. O dziwo miałam dzieciństwo mimo braku zachwytu dla Króla Lwa. Jak już to zdecydowanie wolę coś w stylu "El dorado" Dreamworksa - tam jest chociaż jakaś w miarę ciekawa fabuła (i Aztekowie). Za to żałuję, że nie widziałam bajki o pomidorach. :D
    Doktor Who - kompletnie nie ogarniam fenomenu, choć lubię to sobie pooglądać. Głównie oglądam dla tych wielkich pieprzniczek, bo nikt piękniej nie mówi o eksterminacji. Ale reszta? Czasem trafi się jakiś ciekawy odcinek, z treścią, ale większość tak jak mówisz - klapa. Zbyt infantylnie, zbyt naciąganie i wręcz bezsensu. Można pooglądać by pośmiać się z wielkich pieprzniczek, ale poza tym? Jakiś ciekawy odcinek jest może jeden na co drugi sezon... Nie ogarniam.
    Sherlock - boże jak mnie to doprowadza do szewskiej pasji. Też przywiązana do książek nie byłam, ale jak każda fanka kryminałów znam większość opowiadań i wszystkie książki o Sherlocku. Jak można z bohatera będącego dżentelmenem(!) zrobić takiego tępego bucowatego gnojka? Poza tym tak jak piszesz - cholery można dostać na tłumaczenie geniuszu i bycia chamem jakimiś zaburzeniami? Ludzie z aspergerem tacy nie są! A socjopaci, podobnie jak psychopaci sprawiają wrażenie do bólu pozytywne. Jak dla mnie to głupota twórców, którzy nie umieją stworzyć dobrej postaci tylko tłumaczą wszystko zaburzeniami. Podobnie jak z nowym "hitem" o Hannibalu i podobnie kretyńską kreacją postaci Willa.
    Tolkien - ledwie przebrnęłam pierwszy tom, resztę odpuściłam. Hobbita próbował mi kiedyś na głos czytać kuzyn, by mnie przekonać do Tolkiena, ale najzwyczajniej się wyłączałam. Filmy mnie zmęczyły. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć co mi się w całej filmowej trylogii podobało (i nie chodzi wcale o muzykę i krajobrazy ;)). Podobnie mam z całym gatunkiem fantasy z wyjątkiem Świata Dysku i Conana (choć tego drugiego traktuję jako komedię).

    A końcówka... Ja chyba nie lubię większości tego co ludzie uwielbiają - bo nie tylko Loki, Severus czy co tam jeszcze. Nie lubię też sporej części najpopularniejszych fanowskich par, jak i innych dziwnych zjawisk.

    Wybacz, że tak się rozpisałam, ale po raz pierwszy trafiam w sieci na kogoś o podobnych gustach i poglądach i aż jestem w miłym szoku. Pędzę dalej czytać posty. Chyba specjalnie założę konto na bloggerze by Cię zaobserwować. Na razie lądujesz w zakładkach mojej przeglądarki.
    Pozdrawiam serdecznie <3

    - Alicja

    OdpowiedzUsuń
  15. Oh, ależ mi się trafiło :D Trzech twórców z twojej listy uwielbiam (Tolkien, Rowling, Disney), ale ludzi jest zbyt wielu, żeby lubili to samo. Natomiast zgadzam się z Sherlockiem, oprócz awersji do twarzy Cumberbatha sięgnięcie po ten serial nie wywołało we mnie innych uczuć. Co do reszty przyzwoitych popularków, których nie trawię:
    1. Igrzyska Śmierci
    2. Naruto
    3. Filmy z tak kochanym Stevenem Seagalem (kocham kino akcji, ale dziwnie od gry aktorskiej tego pana mnie odrzuca)
    4. Przygody Jamesa Bonda.
    Od razu lepiej człowiekowi jak się uzewnętrzni. Dzięki za taki post i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Kop, kop, kop...

    Właściwie to nie zbodzę się tylko z Sherlockiem, którego uwielbiam, ale cóż. Główny bohater to rzeczywiście buc straszny, ale mi nie przeszkadza (Watson fajniejszy).

    No może jeszcze z Mizayakim, bo Hauru mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń
  17. Kop, kop, kop...

    Właściwie to nie zbodzę się tylko z Sherlockiem, którego uwielbiam, ale cóż. Główny bohater to rzeczywiście buc straszny, ale mi nie przeszkadza (Watson fajniejszy).

    No może jeszcze z Mizayakim, bo Hauru mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń