2.25.2014

Uwaga! Bluźnierczy konkurs!

Z powodu rocznicy bloga (tak, Piwnica ma już rok), postanowiłem zorganizować konkurs. Do wygrania będą dwie książki - "Necronomicon" Abdula Alhazreda (!) oraz ekskluzywne wydanie recenzenckie "Czarnego Księcia" Katarzyny Michalak. Zwycięzca będzie miał możliwość przekonać się, która z nich jest bardziej bluźniercza.

Zasady są proste - należy opisać najgorszą książkę, jaką się w życiu czytało, z uzasadnieniem, czemu akurat ta była najgorsza. Opis należy wkleić pod tym postem. Dodatkowe punkty będą za zobrazowanie w jakiś sposób swojej reakcji na bluźniercze dzieło, np. za pomocą gifa, własnych rysunków, filmiku itp. 

Konkurs trwa do 15 marca

PS Jeśli ktoś będzie chciał, mogę na egzemplarzu recenzenckim dopisać specjalną dedykację :>

18 komentarzy:

  1. [komcia cz. 1]

    Od razu mówię, że nigdy nie czytałam specjałów pokroju Michalak i jaojów Kotori, więc pewnie nie mam istotnych punktów odniesienia, niemniej postaram się wybrać ksionrzkę naj-naj spośród wszystkich mi znanych.
    Ksionrzką ową będzie „Chory, chorszy, trup” duetu Kazimierz Kyrcz & Dawid Kain.
    A, jeszcze osobista dygresja: wytrzasnęłam to cudo z recenzji w „Nowej Fantastyce” ( http://3.bp.blogspot.com/-vFdqg8TlgXE/TjAGWuiAe2I/AAAAAAAAACc/yrGh-DVpgdU/s1600/recenzja%252BNF.jpg ). Były to czasy, kiedy bez szukania dodatkowych recek byłam skłonna sięgnąć w ciemno po książkę, jeśli dostała 4/6 i miała ciekawy opis. Odkąd zapoznałam się z „Chorym, chorszym trupem”, dotyczy to tylko książek 6/6.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o ogólny klimat… Wyobraźcie sobie najpierw Ziemiańskiego, który nie czuje się jeszcze zbyt pewnie na rynku, potem licealistów piszących horrory w hołdzie Kingowi. Do tego dorzućcie wiernych fanów Fabryki Słów, którzy z misją dziejową w sercu i patosem w głosie oznajmiają, że należy doceniać polskie realia i Polskę, bo nawet jeżeli ten kraj jest popierdolony i sto lat za murzynami, to nasz i kto będzie pisał wyśmienite fantasy o Polsce, jeśli nie Polacy. Z tej mieszanki wrażeń powinny wyjść wam grafomańskie, sztampowe do kwadratu i obrzydliwe do sześcianu opka aspirujące do szydzenia z beznadziejnej polskiej rzeczywistości. Macie to?
      A teraz, żeby dostać główną nagrodę, omówię szerzej moje skojarzenia na przykładach. Niestety będę spoilerować, ponieważ wymaga tego schemat, na którym są oparte wszystkie opka (przydługie wprowadzenie w realia, akcja, obowiązkowo cholernie zaskakująca puenta, która najbardziej zaskakuje, gdy jej nie ma).
      1. Achajowość. Achajowość przejawia się w głównie w ilości, jak i obleśności heheheh seksów oraz dosadnych opisów fizjologii, ale też w wulgarnym języku i w postmodernistycznych, zrywających z hollywoodzkim kanonem rozwiązaniach fabularnych. Majstersztykiem w tej kategorii jest opko „Kilka dni, kilka nocy” (bez zaskakującej puenty), które pozwolę sobie streścić. Leje deszcz non stop, gówno wypływa z kanalizacji i pokrywa świat niby mitologiczny potop (tylko taki gówniany, c’nie), do pracowni malarza Grzegorza po tym gównie tratwą przypływa pikna dziewczyna Julia, która była prostytutką, mają romantisz miłoźdź, malują w tej miłoździ obraz, a potem zalewa ich gówno. Cała historia jest bardzo romantisz, na pewno losy uczucia utopionego w gównie was wzruszyły.
      2. W temacie zaskakujących puent i błyskotliwej konstrukcji fabuły. Jest sobie takie opko, mocno obrzydliwe, o firmie złożonej z dyrektora buraka, szparki-sekretarki i bodajże magazyniera Hitlero-Stalina, nie pamiętam już. Człowiek już się zorientował, że wszystkie historyje są na jedno kopyto i jak czyta o dyrektorze buraku posuwającym szparkę-sekretarkę i przedziera się przez zawarte w opku bezkresne pokłady nienawiści członków firmy do siebie, aż ma się ochotę rzucić monetą – choroba psychiczna czy story comes true? Bo to, że autorzy nie poprowadzą wykreowanej sytuacji do końca, jest pewne jak amen w pacierzu.
      3. „Mała Miss” to wybitny przykład wybitnej satyry na polską rzeczywistość. Ale tak wiecie, bardzo. Czasy są zue, ponieważ świat podryfował w zuym kierunku (btw, nie pamiętam, czy nie było tam przypadkiem jakiegoś epizodycznego hejtu na Unię Europejską, bo tak mi się kojarzy, noale naprawdę nie wiem) i teraz już w trzylatki nagrywają płyty i muszą mieć sukcesy, a poza tym trzylatki oskarżają o gwałt z zemsty na tatusiu i policja wierzy. I jeśli sobie pomyśleliście, że fabuła opowiadania ma potencjał, to dorzućcie do tego przerysowane wszystko (tak bardzo przerysowane, że testy o Lovecrafcie i puszczaniu dziecku wczesnego Toola nie tylko nie ratują sytuacji, ale są jak dobicie leżącego), toporną narrację pierwszoosobową i trochę – co było jak najbardziej zamierzone, ale wciąż – opisów w lekko pedofilskim klimacie. Gdy wspominam to opowiadanie, to za każdym razem zastanawiam się, na jaką w ogóle takim historiom określenie miejsca akcji, skoro mogą dziać się wszędzie i nigdzie, a najmniej w Polsce?


      Jakby tego było mało, dialogi są zapisywane są nie od pauz, lecz od myślników. Wygrałam?

      W razie gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, że książka dostarczyła mi emocjów: http://i.imgur.com/2L7XcfU.jpg
      Przysięgam, że to było jedno z lepszych opowiadań ze zbioru…

      Usuń
    2. *na jaką cholerę w ogóle takim historiom określenie miejsca akcji
      ^^

      To jeszcze taka refleksja na podsumowanie, bo w sumie z mojego komcia nie wynika aż tak dobitnie, co jest z „Chorym, chorszym trupem” nie tak.

      Ci, którzy nurzają się w ocenialniowym bagienku, na pewno kojarzą lysię i lysiowe mądrości z zakresu teorii literatury: narrator pierwszoosobowy zawsze kłamie i naciąga fakty, narracja pierwszoosobowa powinna oddawać myśli bohatera. Tylko kto chciałby czytać ciąg świadomości typu „Masło. Pamiętaj, kup masło. Źle. Kup masło i buraki” z losowymi informacjami nie układającymi się w fabułę? Widzę las rąk.
      Ta ksionrzka cierpi na podobny problem, a szczegółowa diagnoza brzmi: postmodernizm w założeniu, zapomnienie o czytelniku i brak kunsztu literackiego w praktyce. No bo co z tego, że „Na wysypisku” można zaszufladkować jako „zabawę konwencją horrorów klasy B”, jeżeli opowiadanie jest wtórne, przewidywalne, trochę odrażające, a przede wszystkim śmiertelnie nudne i łopatologicznie napisane? Opowiadaniom takim jak „Wybierz swoją chorobę” czy „Mała miss” szkodzą przerysowanie rzeczywistości, przeładowany „ironią” sztywny styl, bezprzykładnie bezsensowne plot twisty, a także – przez to, że próbują być problemowe – brak przesłania. W opkach „Kilka dni, kilka nocy” i „Sucksess” (to o firmie) boli antyestetyzm zastosowany BO TAK, bez żadnego przemyślanego powodu i pomysłu. Do tego dochodzą standardowe rozwiązania deus ex machina, o których pisałam wcześniej… i tak można wymieniać naprawdę bardzo długo.

      Tej książki nie da się czytać. Po prostu nie da się czytać.

      Usuń
  2. Nie kupiłam tej ksionszki (to nie jest książka ani nawet ksionrzka. To po prostu ksionszka). Znaczy... kupiłam, ale nie za swoje pieniądze i nie dla mnie. Ludź, który miał być posiadaczem ksionszki stał kilka metrów dalej od kasy, bo wstydził się podejść do kasy z tym... czymś. Ksionszka zwie się "Fantazje w trójkącie" (he, he, hehe) i po tym, jak ludź przeczytał, dał mi.

    Polecam czytać tę ksionszkę głosem Iwony. Beka z człeka, staniki i stringi latają, yorki latają pod nogami.

    "Fantazyje w trójkącie czy innym kwadracie" są ksionszkom pokroju "50 twarzy Gray'a ". Czyli niespełniona żona z trojką dzieci i ratlerkiem koło bamboszy postanowiła zostać PISARZEM! I jeszcze dedykacja dla męża - czy ja tu wyczuwam jakiś podtekst? PSZYPADEG? NIE SONDZEM!

    Zarys fabuły: laska przed ślubem, gościu przed ślubem z laską przed ślubem. Nagle (oł maj gad, tak z zaskoczenia) laska przed ślubem migdali się z gościem przed ślubem. Uwaga, bo leci plot twist... Okazuje się, że jest to brat bliźniak gościa przed ślubem! No tak, bo nikt nie potrafi rozróżnić swojego męża - norma, tradycja i kulturka. Laska przed ślubem nie widzi problemu w tym, że przespała się tuż przed ślubem z bracholem swojego łukochanego i lóbego. A tam, zapomniało mi się, cóż zrobić?

    Czytasz i zastanawiasz się - co ja paczem. Na fabule nie da się skupić, bo nie jej nie ma. Litery łączą się w słowa, słowa w zdania, a zdania w totalne gunwo, które śmierdzi trójkątem, zdechłymi tabletkami antykoncepcyjnymi i zaczarowanym segregatorem.

    Zaczarowany segregator jest genialny. Jestem w stanie dużo zrozumieć. Wycinanie lasów tropikalnych, zamach w Smoleńsku, rozmnażanie królików oraz konia Kaliguli, ale segregatora never! W "fifty szejds of Grej" chociaż było profeszynal i klimatycznie. Jednak w "Trójkąciku" źródłem rozkoszy jest segregator! UWAGA, SPOJLERY (chociaż w sumie nie, bo przecież i tak wiadomo że kopulacja się szerzy). Kiedy nasza główna bohaterka pracuje w biurze (łoł!), PSZYPADGIEM zahacza segregatorem, który wyciąga z półki, o stanik. Po czym uniesiona tymże doznaniem zaczyna... no, ten teges segregatorem o wypukłość piersiową. Już prawie, prawie...! No ale do gabinetu wchodzi inna pracownica (nie, nie ma lesbijskiej kopulacji) i unicestwiła gesty głównej bohaterki. Nawet wstępy do porno są lepsze i mają fabułę.

    Z tej okazji stworzyłam fanart, bo mogę. I jestem miszczem pejnta.
    https://31.media.tumblr.com/a4b3695e90bfbfd6c35d39d3e5aad4d6/tumblr_n1kda1EwWJ1s5ljrfo1_500.jpg
    Boziu (widzę buzię w tym tęczu), żeby działał ten link D:

    Ta ksionszka nie kwalifikuje się w ramach obrzydzenia, zniesmaczenia i absurdu. To jest po prostu beka. Tylko nie wiem z czego bardziej. Może z zakończenia. UWAGA, SPOJLER! Laska postanowiła zamieszkać z... bliźniakami. Przy okazji zrobiła sobie dzieciaka, tyle że nie wie, z którym. Więc synalek nazywa mamusię "mamą", a że matka nie mogła się zdecdować, z którym zmajstrowała dzieciaka, to nazywa swoich ojców "tata R" oraz "tata J" - orydżinal, bo przecież to pierwsze litery imion tatusiów. KUNIEC SPOJLERU.

    Emołszyns mną targały, filsy się lały litrami jak woda w biblijnym potopie, a fabóa jest zacna i wychędożona. A teraz gifset:
    http://images4.fanpop.com/image/photos/24500000/died-horny-random-24531456-500-389.gif
    A nie, to nie ten...Teraz są właściwe i właściwsze:
    http://i58.photobucket.com/albums/g246/sey115/idontknowwhat.gif
    http://www.bohomoth.com/wp-content/uploads/2013/05/short-answer.gif
    http://media.tumblr.com/a96917269d07483ddd235f3db4f305e3/tumblr_inline_mfwbk71D7a1qauop7.gif
    A teraz brawa i fąfary dla ałotrki dzieua:
    http://replygif.net/i/628.gif
    http://replygif.net/i/258.gif

    Kupiłam (nie za swoje), przeczytałam i wyśmiałam. Kuniec bajki, ksionszki i emołszyns podczas czytania jej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Litery łączą się w słowa, słowa w zdania, a zdania w totalne gunwo" - e, tak tylko powiem, że to pienkna poezyja je. Może to sobie kiedyś wytatuuję, kto wie.

      Usuń
    2. "Ta ksionszka nie kwalifikuje się w ramach obrzydzenia, zniesmaczenia i absurdu. To jest po prostu beka. Tylko nie wiem z czego bardziej. Może z zakończenia. UWAGA, SPOJLER! Laska postanowiła zamieszkać z... bliźniakami. Przy okazji zrobiła sobie dzieciaka, tyle że nie wie, z którym. Więc synalek nazywa mamusię "mamą", a że matka nie mogła się zdecdować, z którym zmajstrowała dzieciaka, to nazywa swoich ojców "tata R" oraz "tata J" - orydżinal, bo przecież to pierwsze litery imion tatusiów."

      No suka jedna, jak mogla tak Z DWOMA NARAZ!!! Dobra, skoncz prosze z ta spina moralna. Wam, monogamista, nikt sie nie przypieprza, ze meczycie sie ze soba we dwojke, tak absurdalnie, obrzydliwie i niesmacznie. A moze, droga Zuzo B., dla mnie to wlasnie opisany model jest najlepszy ze wszystkich, i chocbym sie starala, nie widze w poliamorii nic obrzydliwego?

      Usuń
    3. Kurde, taka literowka w uszczypliwym komenciku :P monogamistom oczywiscie, kiedy zbiore sie w sobie i zafunduje sobie polskie znaki na kompie?

      Usuń
  3. Ja tak zupełnie poza tematem... do Kasi Michalak dotarły jakieś echa niezadowolenia ze strony czytelników. Jest to ciekawe, bo jak dotąd każdy, któremu się coś nie podobało spotykał się z odpowiednikiem "Tam w rogu masz czerwony krzyżyk". Jeszcze lepsze jest to, jak nasza ulubiona autorka zaczyna się usprawiedliwiać. Bo wiecie - te rzekome wady to są zalety, zrobione zupełnie celowo i z premedytacją.
    I jeszcze: Kasia mówi o tym, jak zwraca uwagę na profil psychologiczny bohatera.
    Made my day.
    http://katarzynamichalak.blogspot.com/2014/02/co-was-wkurza-w-czarnym-ksieciu.html

    Szpik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, ten post już nie istnieje, sniff :(

      Usuń
  4. Na szczęście, nie czytałem Kotori, ani większości z tych, które recenzujesz. Czytając, mam wrażenie, że to i tak za wiele. Najgorsza jaka czytałem? Dotychczas to "Zmierzch" i wszystkie części, ile ich tam było, cztery? No, może czytać to za dużo powiedziane - dzięki recenzji obfitej w obrazki i ironię przebrnąłem przez cztery tomy z dokładnością ordynatora. Ja osobiście dobrnąłem do dwudziestu stron części pierwszej. Znudziła mnie tak bardzo, że prawie zasnąłem w Empiku. Ale powiedzmy, że to się liczy i przeczytałem. Dlaczego najgorsza? Rany, od czego zacząć. Sparklące wampiry? Główny bohater, IDOL nastolatek, ich wymarzony mężczyzna, który szarpie swoją lubą, jest sprzeczny sam ze sobą i wykazuje problemy umysłowe i emocjonalne? Nielogiczna główna bohaterka, która zamiast spierdolić gdzie pieprz posiany już wtedy, gdy buc bucem się staje i odkrywa swoją bucowość... A ona zamiast tego, zakochuje się w nim. Nie wiem, czy to głupota, czy to już ta sekwencja "kobiety lubią bad boyów". Ogólna kreacja świata przedstawiona jak mokry sen autorki. Spłaszczanie, spłycanie i nerfienie swoich własnych postaci, idealizowanie głównej bohaterki. Nie wiem co jeszcze. Cała ta ksionrzka to farsa, a jeszcze śmieszniej, że ma to cztery tomy i stało się bestsellerem. Nie mam pytań...

    Pozdrawiam, czekam na nowości ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cofnijmy się, proszę, do pamiętnego roku 2006. Na pewnym konwencie do welcomepacków dodawano bonus: książkę. „Klątwa elfów”. Już okładka była ostrzeżeniem przed zawartością. Szkic poglądowy poniżej.

    http://4.bp.blogspot.com/-xaWV3VEjfk0/UPwrOYcS4GI/AAAAAAAAERY/2WJDKn3QrfA/s640/okladka-600.jpg

    Autorka - lat 14. Kolejny, po okładce, znak, że lepiej nie dotykać tego cuda. Zignorowany, niestety. Zabieramy się do lektury.

    Głównym bohaterem jest Garawes – szesnastoletni elf. Jego odmienność widoczna jest gołym okiem, gdyż biedak jest, wybaczcie, Murzynem wśród białych. Garawes skórę ma ciemną, włosy także, że nie wspomnimy o mroku kryjącym się w źrenicach jego oczu… Tu mała dygresja a propos mojego ulubionego zdania w książce: „Musimy się spieszyć - wyszeptał młodszy mężczyzna i popatrzył na swoją towarzyszkę, a dwie źrenice w jego prawym oku poruszyły się nieznacznie.” Uczcijmy minutą ciszy ten fragment i chodźmy dalej.

    Garawes dowiaduje się, że jego rodzina jest rodziną przybraną (o naprawdę?), jego biologiczny ojciec jest królem krainy elfów, a jego prawdziwa matka została zabita przez wrogów elfów – tajemniczych Earowsów (spróbujcie wymówić to 5 razy pod rząd). Dalej robi się zabawniej: będąc pierworodnym, nie może objąć tronu, ponieważ jest w połowie Earowsem, jak jego matka, a na imię ma tak naprawdę Hanisz. Te akurat rewelacje przekazuje mu tajemniczy nieznajomy spotkany w lesie – źródło na pewno wiarygodne.

    Dalsza fabuła jest tak totalnie wtórna, że nie trzeba jej nawet szczegółowo streszczać: Garawes wyrusza w podróż, aby odnaleźć siebie i sens swego istnienia, spotyka wiernych towarzyszy i ostatecznie ratuje świat i zyskuje dziewczynę. Większość książki to tak naprawdę nie tyle opis akcji, co wewnętrznych dylematów bohaterów, ich relacji, tudzież braku tychże, głębi psychologicznej (i analogicznie – jej braku) oraz tego, jak to przyjaźń jest najważniejsza na świecie. To dałoby się jeszcze znieść, w końcu wszyscy znamy powieści osadzone w świecie D&D czy Warhammera, które opierają się na pomyśle identycznym, z niewielką podmianką w zakresie postaci. Ot, odpowiednik harlekinów dla dorastających chłopców, gdzie uniesienia miłosne zastępowane są epickimi pojedynkami na dzidy i sztylety (w tym kontekście zabrzmiało to co nieco nieprzyzwoicie, he he.).

    Tym, czego znieść się nie da, jest redakcja. Na bogów podziemi i cycki Kali, kto puścił do druku tekst w tej właśnie formie? Zawsze wydawało mi się – naiwnie nieco – że redaktor, który dostaje do rąk książkę nastolatki, powinien uzbroić się we flaszkę palonki i zaznaczać dziewczynie na kolorowo, co i dlaczego jest do poprawki. Ewentualnie przepisać od nowa, też byłoby dobrze. A tutaj? Przytoczę kilka tylko cytatów:

    „Wszystkie cztery słońca wisiały teraz nad Slamishyx - Planetą Fioletowych Mórz. Żar lał się z nieba i pieścił świadomość tysięcy elfów, którzy spacerowali po rynku miasta Otimi, miasta rządzonego przez wspaniałego, potężnego władcę Sanajarawa, co w mowie starożytnych oznacza Surowy.”
    Wizja wiszących słońc pieszczących elfy długo zostaje pod powiekami.

    „Tego dnia złośliwa uwaga o moim wyglądzie przypomniał mi, że swojego ojca zupełnie nie pamiętam. Opuścił nas wiele lat temu. Miałem wtedy niecałe cztery lata. (…) Najgorsze było to, że nie miałem pewności, czy tata w ogóle wie, kim jest jego pierworodny. Z drugiej strony może to i lepiej? Może… może gdyby się dowiedział, jak wyglądam, znienawidziłby mnie?”
    Zawsze myślałam, że ojciec wie, jaki kolor skóry ma jego czteroletnie dziecko. Cóż, mogłam się mylić.

    „Nagle Ombirax drgnął, a głęboko w jego oczach pojawiły się źrenice.”
    Ekhm..

    I tak jest przez całą książkę. Dodajcie do tego swobodną interpunkcję, swobodną stylistykę i swobodne słowotwórstwo, a otrzymacie „Klątwę elfów”. Jako smaczek dodam tylko, że lubimy czasem ze znajomymi sięgnąć po tę książeczkę. Otwieramy ją na losowych stronach i czytamy pierwsze z brzegu zdanie. Kto się pierwszy roześmieje, pije. Taki alkochińczyk, tylko wszyscy są pijani po dwóch kwadransach. Polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bonus od znajomego: "Czytając odniosłem wrażenie, że główny "bohater" albo śpi, albo płacze." Enjoy ;)

      Usuń
    2. Brawko! Mój typowany kandydat, choćby przez same te podwójne źrenice.

      Usuń
  6. Halo Halo Włodku14 marca 2014 21:04

    Halo, halo, panie prezydencie, bo ja pytanie mam: konkurs trwa do jutra z jutrem włącznie, oui?

    OdpowiedzUsuń
  7. 1/2

    Spóźniłam się, zobaczyłam zbyt późno - nic to. Za swe cierpienia nie oczekuję niczego poza perwersyjną przyjemnością, zatem opiszę tu najgorszą na tym łez padole książkę... mimo minionego terminu. Przepraszam. Muszę. Inaczej zapłacę krocie za terapię.

    Tytułem dygresyjnego wstępu: I've seen some shit. Naprawdę. Przeczytałam wiele bardzo złych książek. Płakałam z nudów nad "Girl in the Arena". Wytrzymałam wszystkie części "Sagi o Ludziach Lodu". Ba, był nawet pseudowikiński harlequin, którego akcję blurb umieścił w XIX wieku. Tak. W dziewiętnastym. Tysiąc lat w tę czy w tę, mglisty Londyn czy smocze łodzie, co za różnica.

    A potem przybyła "Samotność w sieci". Czytałam, wiedziona zgubną ciekawością - z jakiegoś powodu koleżanka z Pierwszych Studiów (tm) uczyniła ów twór tematem swej pracy semestralnej z pisania kreatywnego. Muszę, mimo wszelkich różnic między naszymi gustami literackimi, przyznać iż zaiste, powieść ta została napisana bardzo kreatywnie: próżno szukać takiego stężenia cliches, pseudopatosu, taniego sentymentalizmu i pretensjonalności gdziekolwiek indziej.

    Dygresja numer dwa: w normalnych warunkach, pisząc cokolwiek, sprawdzam. Daty, cytaty, pisownię, wszystko. Do postów na forach historycznych - czy w innych miejscach, w których wyniknie dyskusja na temat wymagający twardych dowodów - dołączam bibliografie, w wersji minimalistycznej/leniwej przypisy oksfordzkie. Piszę o tym nie po to, by chwalić się przesadnym pedantyzmem: pragnę po prostu przybliżyć każdemu, kto zechce ten komentarz przeczytać, co oznacza fakt, ze mimo tego wszystkiego absolutnie nie, nie, nie zajrzę do czytanej w 2009 roku książki, by sprawdzić, czy czegoś nie pomyliłam. Nie chcę patrzeć na te ciągi liter już nigdy więcej. Przyzwyczajenie jest podobno drugą naturą. Jeśli wierzyć niektórym, bywa i pierwszą, ta powieść jednak zagina czasoprzestrzeń, drogi asfaltowe, korytarz w mojej podstawówce, klapki, które dawny znajomy zgubił na kolonii w latach '80 oraz normy ludzkich zachowań.

    Mężczyzna po przejściach i kobieta z przeszłością spotkali się w Internetach. On ma imię, ona nie. On jest sławnym naukowcem, ona nie. On ma trudną przeszłość, gdyż jego Bardzo Dobra Narzeczona uległa wypadkowi przed szpitalem. Otóż, ponieważ była Bardzo Dobra, zaczęła przed tymże szpitalem bawić się z dzieckiem (o ile dobrze pamiętam, upośledzonym, gdyż jak wiadomo zabawa z upośledzonymi dziećmi jest bardziej kawaii i bardziej pełna poświęcenia, niż ze zdrowymi). Podczas zabawy przejechała ją koparka. Tak, koparka. Bardzo Dobra Narzeczona umarła. "See! on yon drear and rigid bier low lies thy love, Lenore!". Bohaterowie pisali do siebie w Internetach. Potem się spotkali. Potem Coś Się Stało i Nie Mogli Być Razem. Potem Ona jest w ciąży. On nie. I nadal nie mogą być razem. I zakończenie. Podobno nieszczęśliwe, choć szczerze mówiąc nie umiem pojąć, jak zakończenie takiego bzdurotoku mogłoby być dla kogokolwiek nieszczęściem.

    OdpowiedzUsuń
  8. 2/2

    W tle przewija się kilka mocno papierowych postaci, w tym przyjaciółki głównej bohaterki, opisane ... hm, nie wiem właściwie, jak to określić. Wyobraźmy sobie, że Męski Przywilej jest rodzajem skały. Wyobraźmy sobie górę ukształtowaną z tejże skały. Potem wyobraźmy sobie, że zasiada na niej Mężczyzna i z wysokości spogląda na kobiety, następnie zaś spisuje swe spostrzeżenia dotyczące tego jakże egzotycznego gatunku. Będzie to właśnie ten rodzaj narracji: jedna z przyjaciółek czyta Cosmopolitan i ma duże piersi, a sens jej życia stanowią spotykani mężczyźni. Gdy z którymś chodzi, tyje, bo przecież Szczęśliwa i Ktoś Ją Chce (o ile dobrze pamiętam, zaznaczono, że ciało jej było wówczas mniej powabne, ale "szczęśliwe, bo dotykane przez mężczyznę"), gdy zaś z nikim nie chodzi, chudnie, bo Szuka. Bohaterka ma PMS i płacze wzruszającej na piosence, a w pierwszej chwili po tym, jak bohater proponuje spotkanie, zastanawia się w popłochu, ile można schudnąć przez czas, jaki pozostał do zasugerowanego przez internetowego adoratora terminu. Ano tak. That sort of thing. Wliczając w to mocno nachalną sugestię, że przecież Dobre/Prawdziwe Kobiety Kochają Dzieci, a niespodziewana ciąża będzie Pamiątką Po Nim.

    Dlaczego bohaterka nie ma imienia? Nie wiem. Może to wynik powyższego. Może po prostu manewr autora, by czytelniczka mogła zidentyfikować się z postacią (tylko, u licha, któż by chciał?! DLACZEGO?!). Bywają dobre bezimienne postaci. U Margaret Atwood prawdziwe imię narratorki zostało schowane, ale służyło to bardzo wyraźnemu celowi. Ale tutaj...? Po co, panie W., po co?

    Powiedziałabym, że "Samotność w sieci" narusza standardy rozumu i godności człowieka. To za mało. "Samotność w sieci" narusza standardy rozumu i godności wszystkich ssaków naczelnych. Nie wiem i wiedzieć nie chcę, jakim prawem i z jakiego powodu istota z pojemnością mózgu powyżej 800 cm sześciennych i poruszająca się w postawie wyprostowanej robi swym pobratymcom coś takiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że po terminie, bo to wielkiej urody recenzja i byłaby godną konkurencją. :( "Chory, chorszy trup" też niewątpliwie by cię zachwycił, widzę punkty wspólne z "Samotnością w sieci".

      dK

      Usuń